- Tak dzieje się u co dziesiątego pacjenta. Powtarzamy wtedy przeszczep, ale wielu chorym i to nie pomaga - mówi prof. Edward Wylęgała, ordynator oddziału okulistyki w katowickim szpitalu.
Są też tacy pacjenci, u których lekarze odrzucają przeszczep rogówki jako metodę leczenia, bo z góry wiadomo, że taka operacja i tak im nie pomoże. Chodzi m.in. o pacjentów po oparzeniach powierzchni oka lub z przewlekłymi zapaleniami rogówki.
W wielu ośrodkach na świecie, np. w Rosji, próbowano wymyślić protezę rogówki, która okazałaby się ratunkiem dla takich chorych. Plastikowy cylinder próbowano umieszczać na kawałkach kości lub dakronu - materiału używanego kiedyś w skafandrach kosmicznych. Ale na ogół wszczepianie tych protez okazywało się bardzo skomplikowane, operacje były rozłożone na wiele miesięcy, a ich efekt ze względów estetycznych ciężki do zaakceptowania dla samych pacjentów.
- Po latach prób okazało się, że najlepszą protezę wymyślił Amerykanin prof. Claes Dohlman z Wydziału Medycyny na Uniwersytecie Harvarda. Ponad rok staraliśmy się o to, by nam zaufał i pozwolił wszczepiać je także w naszym szpitalu - mówi prof. Wylęgała.
Pierwszych pięć protez - dar od prof. Dohlmana - przywiozła do Katowic jego uczennica, pochodząca z Litwy dr Ula Jurkunas. Wczoraj najpierw pokazała, jak je założyć, a potem już tylko przypatrywała się pracy naszych okulistów. - Świetnie jest mieć takich zdolnych uczniów - komentowała z uśmiechem.
Każdy z zabiegów trwał około godziny, czyli dwa razy dłużej od rutynowego przeszczepu. Najpierw okuliści musieli wyciąć zmętniałą rogówkę pacjenta. Potem w rogówce pobranej od zmarłego dawcy wycięli okrąg o średnicy około 3 mm. W to miejsce włożyli cylinder z tzw. szkła akrylowego, czyli pleksiglasu. By cylinder zwyczajnie nie wypadł z oka, konstruktorzy protezy umieścili go w kołnierzu także z pleksiglasu o średnicy ok. 6 mm. Całość trzyma się w oku dzięki tytanowej blaszce, która razem z kołnierzem tworzy jakby zatrzask. Blaszka podziurawiona jest jak sitko, tak by do przeszczepionej rogówki docierały z wnętrza oka substancje odżywcze.
Całość mocowana jest w oku za pomocą kilkunastu szwów. Po ich założeniu w ostrym świetle lampy operacyjnej oko błyszczy się, jakby było z aluminium, więcej nawet - przypomina jak gdyby miniaturową felgę samochodowego koła. - Światło lampy przenika przez kolejne warstwy w oku, obijając się od tytanowej blaszki, ale kiedy wszystko się zagoi, nie będzie już tego metalicznego efektu - mówi dr Dariusz Dobrowolski, drugi z operatorów.
- Po operacji pacjenci będą już zawsze nosili szkła kontaktowe, by chronić oko i protezę. Muszą też do końca życia używać kropli do oczu zawierających antybiotyk, by chronić je przed zakażeniami - dodaje dr Jurkunas.
W Stanach Zjednoczonych wszczepiono dotychczas ponad 2 tys. takich protez rogówki. W Europie dopiero w kwietniu uzyskają certyfikat pozwalający na ich sprzedaż. Czy wtedy w Polsce zacznie się stosowanie ich na szerszą skalę? - W naszym szpitalu moglibyśmy wszczepiać te protezy co najmniej 20 pacjentom w ciągu roku. Mam nadzieję, że NFZ będzie mógł je refundować - mówi prof. Wylęgała.
Cena - w porównaniu z innymi protezami - nie jest wysoka. W USA sprzedaje się je za 5 tys. dolarów, promocyjna cena dla szpitali we wszystkich innych krajach wynosi 3 tys. dolarów.
Źródło: http://katowice.gazeta.pl










